Siatkówka

Łukasz Kadziewicz o kondycji polskiej młodzieży

Dzisiejszy artykuł, który pojawił się na głównej stronie onetu.pl ti wywiad z Łukaszem Kadziewiczem na teamt kontycji fizycznej dzieci w szkołach. Ci, którzy mjaa dzieci lub Ci którzy je planują, albo Ci z Was którzy o tym jeszcze nie miemyślą, ale są ciekawli – zapraszam serdecznie.


Łukasz Olkowicz: W swoim felietonie dla tygodnika „Tempo” napisałeś po wizycie w szkole: „Ładne te nasze dzieciaki. Zdecydowanie lepiej ubrane niż ich rówieśnicy w połowie lat 90., kiedy sam chodziłem w porozciąganym swetrze. Tylko ze zrobieniem przysiadu czy przewrotu mają kłopot. Z trzydzieściorga uczniów może ośmioro przyszło w stroju sportowym. Ćwiczyć nie mogło kilka dziewczyn, umalowanych jak na dyskotekę, akurat czwarty raz w miesiącu niedysponowanych” Jest aż tak źle?

Łukasz Kadziewicz: Nie wiedziałem, co mnie tam czeka. Byłem ciekawy, jak zmieniła się szkoła od momentu, kiedy sam do niej biegałem z tornistrem.

Mocno się zmieniła?

– Jestem przerażony.

Czym?

– Antysportowym podejściem, traktowaniem wuefu jako zła koniecznego i dzieciakami, których koordynacja ruchowa i budowa ciała każe przypuszczać, że w przyszłości będą częstymi gośćmi w gabinetach lekarskich. Zastanawiam się, do czego nas to prowadzi. Biję na alarm już teraz i namawiam do tego innych. Jeśli nawet nie ze względu na dobro dzieci, to z pobudek egoistycznych – ktoś przecież musi zapracować na nasze emerytury. A zanosi się na to, że wyrosną nam pokrzywione dzieci z nadwagą.

Według badań Instytutu Matki i Dziecka w 2010 roku nadwagę i otyłość miało 18 procent 11-12 letnich dziewczyn i ponad 25 procent chłopców. W 2013 roku już 22 procent dziewczyn i 28 procent chłopców.

– Proszę, napisz to wyraźnie: dramat! Co czwarty chłopak ma nadwagę. Jestem ostatnią osobą, która powinna wypowiadać się na temat zdrowego trybu życia, ale pamiętam, że kiedyś dorośli dbali o to, co dziecko ma na talerzu. Jechało się do babci, a ona podsuwała pod nos owoce czy warzywa. Wszystko świeże i zdrowe. Dziś rodzice na niedzielne obiady zabierają dziecko do McDonalds’a. Do nich mam pretensje o to, co się dzieje z młodym pokoleniem. Kogo winić za to, że ośmiolatek potrafi świetnie poruszać się po internecie i zna wszystkie programy komputerowe, ale nie wie, że zjedzenie makaronu z boczkiem o godzinie 23 niekoniecznie jest dobrym pomysłem. Byłem u córki w szkole i widziałem, jak odżywiają się dzieci. Gdybym w ich wieku jadł podobnie, prawdopodobnie też byłbym w ciąży spożywczej. Rozumiem, że można jeść chipsy raz na dwa tygodnie, ale nie codziennie.

Według raportu NIK-u w szkole podstawowej czynnego udziału w lekcjach wuefu nie bierze 15 procent uczniów, w gimnazjach 23 procent, a szkołach ponadgimnazjalnych 30 procent.

– Zapytam jeszcze, ilu z tych ćwiczących rzeczywiście angażuje się w lekcję, a ilu pozoruje ćwiczenia, żeby tylko nauczyciel się nie czepiał? Większe emocje wykazują po szkole, kiedy siadają przy Play Station i grają w Fifę. Nie zatrzymamy postępu technologicznego, ale możemy zmienić świadomość dzieciaków. Zacząć w domu od ograniczenia dostępu do internetu. To ogłupia. Sam łapię się na tym, że wyłączam myślenie i szukam tam gotowych odpowiedzi. Kiedy mam napisać podanie, żeby mnie nie wyrzucali z klubu, to odpalam Google i w pięć sekund znajduję wzór odpowiedniego pisma. Analfabetyzm wtórny. Podobnie jest ze sportem. My się cofamy.

Jak temu zapobiec?

– Przykład powinien iść z góry. Chyba nie o to chodziło ministrowi edukacji, kiedy wprowadzał reformę szkolną, żeby odbiło się to na poziomie sportu. Potrzebna jest odgórna idea. Na razie to pospolite ruszenie. Ktoś wymyśli ciekawy program „Stop zwolnieniom z wuefu”, ale zapału starczy na pół roku. Przyjdzie nowa osoba, z nowym pomysłem i znów to samo. Musimy wrócić do podstaw i być konsekwentnym. Nie przyniesie to efektu jutro, za miesiąc czy za rok, ale za dziesięć lat. Niemcy na początku XXI wieku zrobili krok w tył i zaczęli pracę z najmłodszymi. Upomnieli się po ośmioletnie dzieci, dziś są mistrzami świata w piłce nożnej.

Może zacznijmy od wuefów w klasach 1-3 szkoły podstawowej, za które odpowiada „pani od wszystkiego”. Uczy polskiego, matematyki czy muzyki, żeby na kolejnej lekcji prowadzić wuef. Chyba warto, żeby dziećmi już w tym wieku zajmował się wuefista, zarażał ich pasją do sportu i wychwytywał talenty?

– Będę się odwoływał do Niemców, bo trzeba brać przykład z najlepszych. Tam już wprowadzają podobne rozwiązanie. To piękny pomysł, ale czy do spełnienia w Polsce? Może najpierw zadbajmy, żeby doceniać nauczycieli wuefu. Pamiętam, jak trafiłem do reprezentacji i na jeden z meczów Ligi Światowej zaproszono pierwszego trenera każdego z kadrowiczów. Z Nowego Miasta przyjechał pan Ryszard Kuciak, który lata temu wyciągnął mnie z podwórka i nauczył odbijać piłkę. Żebyś widział, jaki on był szczęśliwy. Poczuł się dowartościowany. Piękny, zwykły gest. Nie dostał milionowych pensji jak jego odpowiednicy w Rosji, ale chyba i nie o to mu chodziło. Doceniajmy pasjonatów z prowincji, dzięki którym nasze sportowe talenty się rozwijają.

Dobrze ich nazwałeś. Pasjonaci. Poświęcają wolny czas, żeby utrzymać młodzież przy sporcie.

– Jest ich wielu, jak również takich, którzy nic nie robią. Z pensją 1,3 tysiąca złotych miesięcznie nie myśli się o prowadzeniu dodatkowych zajęć za darmo, tylko szuka się okazji, gdzie można dorobić. Rozumiem to. Tata opowiadał mi o organizowanych w przeszłości „lekkoatletycznych czwartkach”. Raz w tygodniu, przez trzy godziny, dzieci brały udział w zawodach. Ścigały się, rywalizowały, kto dalej czy wyżej skoczy. Były zaangażowane, uczyły się sportu. Można do tego wrócić, tylko potrzeba dodatkowych finansów na wynagrodzenia nauczycieli. W szkołach nie brakuje ludzi z pomysłami, jak aktywizować młodzież. Brakuje środków, żeby mogli to robić.

Wspomniałeś o sportowych talentach. To najczęściej samorodki. Nie zdobywają medali dzięki zorganizowanemu szkoleniu, tylko w nagrodę za wytrwałość, upór i walkę z przeciwnościami.

– Zbigniew Bródka nie miał prawa zdobyć medalu w łyżwiarstwie szybkim, bo pochodzi z kraju, w którym nie ma krytego toru. A jednak dał pstryczka w nos innym i jest mistrzem olimpijskim. Takich zapaleńców nie brakuje. Tyle, że to jak gra na loterii, w końcu przestaniemy wygrywać. Słyszę o odmłodzeniu kadry siatkarzy czy piłkarzy ręcznych i zastanawiam się nad jednym – skąd weźmiemy ich następców? Sportowe zasoby kiedyś się skończą.

I co wtedy?

– Będzie płacz.

Problemem też są warunki, w jakich ćwiczą dzieci w szkołach. Odpadające klepki w obdrapanej sali gimnastycznej, wuef na korytarzu, czy nawet w szatni nie zachęcają do sportu.

– Nie przyjmuję takiego tłumaczenia. Sam często ćwiczyłem na korytarzu, a przewrót umiem zrobić. Potrzeba kogoś, kto zachęci do sportu. Nauczyciel jak ksiądz – powinien czuć powołanie, misję, żeby nauczyć jak największego sportu w jak najmniejszej hali. Wuef musi być równie atrakcyjny jak internet, inaczej z nim przegra. Dzieci z łatwością uciekają w wirtualny świat, portale społecznościowe pozwalają im wierzyć w iluzję, że jest prawdziwy. Trzeba ich stamtąd wyciągnąć. Wiesz, jak zapamiętałem swoje dzieciństwo?

Sportowo i zdrowo?

– Powrót ze szkoły i haratanie w gałę do wieczora. Przychodziło nas kilkunastu, modliłeś się, żeby nie stać na bramce. Pamiętam gonitwy ze stróżami w żłobkach i przedszkolach, bo właśnie tam były najlepsze kawałki murawy do gry. Takie mecze często kończyliśmy następnego dnia na wuefie. I to nie wuefista czekał na nas, tylko my na niego. Nie mówię, że nasze dzieci są złe. Nie, są cudowne i wspaniałe. Tylko że świat się zmienił. Nam trudno się w nim odnaleźć, a co dopiero im. Zostawiamy je na pastwę dzikiej rzeczywistości. Zauważ, że one nawet już nie wagarują. Dla nas to była frajda, przygoda, okazja do szukania wrażeń. Dzieci ich już nie szukają, bo znajdują w cyberprzestrzeni. Nie chcę ich leczyć, bo sam w życiu tyle narozrabiałem, że to mi najbardziej przydałoby się leczenie, ale apeluję, żebyśmy zaczęli coś robić.

Doktor Janusz Dobosz z warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego, który sprawdzał kondycję polskiej młodzieży, ocenił: „Nie ma takiej właściwości motorycznej młodego człowieka, która nie uległaby regresowi”. Przykład? Trzydzieści lat temu 7-letni chłopiec przebiegał 600 metrów w 3 minuty i 5 sekund. Dziś 7-latkowi zajmuje to 39 sekund dłużej.

– O Jezus Maria (cisza). My się naprawdę przewrócimy jako społeczeństwo. Dorośli potrafią liczyć, bo co miesiąc płacą kredyt i zamieniają złotówki na franki. Może te liczby do nich przemówią.

Znajdujesz wytłumaczenie, dlaczego dzieci są dziś gorzej przygotowane do uprawiania sportu niż ich rodzice i dziadkowie?

– Znajduję. Pierwszy raz regularnie woziłem swoją dupę samochodem, jak miałem 21 lat i udało mi się zdać prawo jazdy. Wcześniej moim transportem były nogi. Albo rower, jak kolega pożyczył. Tyle że dziś Łukasz Kadziewicz, pierwszy krytyk kondycji naszej młodzieży, też popełnia błędy. Łapię się na tym, że kiedy mam zrobić zakupy z moją dziewięcioletnią córką w osiedlowym sklepie, to te 500 metrów jedziemy samochodem. Pamiętam, że kiedyś każdy na moim podwórku umiał pływać. Jeżeli jakimś przypadkiem trafił się ktoś, kto nie potrafił, to wytykaliśmy go palcami, traktowaliśmy jako dziwaka. Dziś dzieci traktują tak tego, kto nie ma konta na Facebooku.

Źródło; eurosport.onet.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s